niedziela, 5 czerwca 2016

Tatry 28-30.08.2015

        Tydzień wcześniej byłam w Bieszczadach ale wyjazd w Tatry planowany był jakiś czas... Miała być Orla Perć ale na wyprawę zabrała się z nami Ola i Wiktor i biorąc pod uwagę doświadczenie Oli postanowiliśmy nieco spuścić z tonu. W piątek przyjechałam do Raciborza, razem z Olą obskoczyłyśmy Biedronkę i Lidla żeby zrobić małe zakupy. W kierunku Zakopanego ruszyliśmy dość późno, ponieważ musieliśmy poczekać na to aż książę Wiktor spakuje plecak - przyznaję, że zaskoczył wszystkich bo jego bagaż wyglądał jakby jechał na 3 tygodnie a nie na 3 dni:) W efekcie pod Zakopane dotarliśmy późnym wieczorem - rezerwując nocleg w drodze, 6km od turystycznej, górskiej stolicy Polski.
  Wiktor i jego plecak...

        Pobudka była zaplanowana dość wcześnie- na tyle by zdążyć przygotować śniadanie i ruszyć w kierunku początku wędrówki. Jurek zawiózł nas do Kuźnic i ustaliliśmy, że w trójkę (Wiktor, Ola i ja) będziemy już się wspinać a on zostawi samochód w Strażnicy Straży Granicznej i nas dogoni na szlaku.

Udaliśmy się niebieskim szlakiem, ponieważ mimo, że dłuższy to jednak ciut łatwiejszy. Udało nam się ominąć pielgrzymki, ponieważ dość wczesna godzina sprawiła, że część turystów pozostała jeszcze na kwaterach. 
W drodze do Przełęczy pod Kopami

Jurek dogonił nas dopiero na Przełęczy pod Kopami, bo tam mieliśmy pierwszy dłuższy odpoczynek co utwierdziło nas, że tempo było dobre :) Ola z plecakiem pomykała jak młoda sarenka, co niewątpliwie zachwyciło jej mężczyznę:)
  Tatrzańskie krajobrazy, Wiktor i Olcia:)

Z Przełęczy pod Kopami ruszyliśmy do Murowańca - pogoda wspaniała i takaż sama widoczność 
Pocztówkowe Tatry
Mur-beton jedno z najfajniejszych tatrzańskich schronisk: Murowaniec

      Od Murowańca droga na Zawrat już oczywista - niebieskim szlakiem. Trasa widokowa, szczególnie gdy dojdzie się do Czarnego Stawu Gąsienicowego


Czarny Staw Gąsienicowy
        Od Stawu zacząły się pojawiać pierwsze ekspozycje. Już tam nieco rozdzieliliśmy siły- ja z Wiktorem szliśmy z przodu a Ola z Jurkiem kawałek za nami. Jurek wziął ze sobą uprząż i karabińczyki aby Ola się mogła podpinać pod łańcuchy co okazało się świetnym wyjściem, szczególnie zważywszy na pielgrzymki turystów. Trasa na zawrat była bardzo zatłoczona, co po raz kolejny pokazało mi, że letnie miesiące to niezbyt madry pomysł na tatrzańskie szlaki. Był moment, że myślałam, że nie wytrzymam i naprawdę huknę dziewczynę gdy pomimo moich próśb szła tuż za mną i wkładała dłoń dokładnie w to samo miejsce gdzie ja przed sekundą miałam stopę... A co by się stało gdybym tę stope chciała tam cofnąć bo okazałoby się, że nie umiem znaleźć lepszego punktu podparcia do kolejnego kroku??? I bez tego w Tatrach w tym czasie zginęło zdecydowanie zbyt wielu ludzi ...Latający ciągle helikopter był przerażający.

Wędrówka na Zawrat

Zawrat


Poszukiwania turystki, która zaginęła- już po powrocie dowiedzieliśmy się, że znaleziono ją martwą :(
         

Na szczęście cało i zdrowo dotarliśmy z Wiktorem na Zawrat i po jakimś czasie spotkać się z Jurkiem i Olą. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy do Doliny Pięciu Stawów. 
Dolina Pięciu Stawów Polskich i... Jurka plecak:)
       Do schroniska trafiłam pierwsza, pogrążona w rozmowie z poznanym na Zawracie przygodnym turystą. Opłaciłam nasz pobyt i zastanawiałam się, które miejsce na glebie upatrzyć sobie do snu naszej ekipy. Schronisko było przepełnione- Wiktor wyladował na stole:) A ja mimo miejsca w środku nocy postanowiłam przenieść się na zewnątrz bo było tak przeraźliwie goraco, że nie mogłam zasnąć. I tu świetne porównanie - położyłam się na stole koło stawu, na ławeczce w śpiworze, bieliźnie termicznej i puchówce i przy 17stopniach dało radę się wyspać o wiele przyjemniej niż tydzień wcześniej w Bieszczadach w namiocie:)
Noc w schronisku
        Rankiem wstaliśmy, zjedliśmy i ruszyliśmy w kierunku Morskiego Oka. Osobiście nie przepadam za tamtymi rejonami ale dla tych co w Tatrach byli pierwsi raz musieliśmy je "zaliczyć"

Trasa malownicza...



Moje tradycyjne selfie :) Z trasy do Morskiego Oka i z nim na pokładzie :)

Gdy już tam dotarliśmy oczywiście była nagroda dla niekierowców w postaci zimnego piwka. By później dać radę przemierzyć asfaltówkę. Do Zakopanego dotarliśmy autobusem, później do Kuźnic po auto i do domu:) Było super:)

Bieszczady po raz trzeci 21-23.08.2015


    Bieszczady - czytałam kiedyś, że jedzie się tam tylko raz a potem się już tylko wraca. I coś w tym jest skoro znów tam zawitałam. Tym razem siłą sprawczą podróży była, tak jak rok temu, Dagmara. Przyjechałam do Krakowa i od razu udałam się kupić bilety PKP na autobus podstawiany przez InterRegio. Na szczęście postanowiłam zrobić to w biletomacie, ponieważ panie w kasach odsyłały innych podróżnych, że spokojnie bilety kupią u konduktora. Gdy nocą wsiadaliśmy do autobusu pan konduktor zaprosił do pojazdu tylko osoby z biletami bo więcej miejsc nie było... Brak słów. Na szczęście cała nasza "ekipa krakowska" była w uprzywilejowanej grupie więc już bez perturbacji dotarliśmy do Ustrzyk Górnych. Pierwsze co zrobiliśmy to udaliśmy się na pole namiotowe by rozbić obóz. Szybka akcja, ograniczenie bagażu i w drogę - na Halicz i Tarnicę. Szlak ciekawy- podczas wędrówki trafiliśmy na ekologiczną toaletę "zasilaną" dżdżownicami:) Nie odmówiłam sobie fotografii obiektu, i szczegółowych instrukcji wyjaśniających zasadę działania tego przybytku :)
Dżdżownicowa toaleta
Dla zainteresowanych zasada działania:)

 Halicz
 Gdzieś na szlaku
 Wiata tuż pod Tarnicą

Pogoda była zmienna- jak to w górach, zdarzało nam się wyjąć przeciwdeszczowe pokrowce na plecaki. Na Tarnicę weszłam już tylko z Marysią bo reszta ekipy już tam była a i schody nie zachęcały- trafiliśmy tam w czasie gdy opiekunowie BPN zorganizowali akcję "zaschodowywania" najpiękniejszych bieszczadzkich szlaków... Osobę odpowiedzialną za tą irracjonalną decyzję należałoby skazać na chodzenie po tych schodach co najmniej 2 razy dziennie. Dagmara, której stawy kolanowe są mocno osłabione podarowała sobie tę wędrówkę. 


 Bieszczadzki "wynalazek"- schody

Tego  dnia zdobyliśmy wszystko co było do zdobycia więc wróciliśmy do Ustrzyk :) Tam na turystycznej kuchence przygotowaliśmy kolację i udaliśmy się do namiotów. Noc była chłodna jak na koniec sierpnia- 9 stopni. Jedyna nie wzięłam foliowego pokrowca na śpiwór, który wprawdzie zwiększał nieco jego zawilgocenie ale dawał sporo ciepła. W nocy ubrałam dodatkowe dwie koszulki i bluzę i wtedy już komfortowo w moim letnim śpiworze dotrwałam do rana.

Nasz obóz:)
Przed śniadaniem ekipa suszyła swój dobytek a tuż po nim spakowaliśmy wszystko i ruszyliśmy na busa, który zawiózł nas w okolice Schroniska pod Rawkami. Tam rozbiliśmy namioty i już bez obciążenia wybraliśmy się na Małą i Wielką Rawkę oraz my z Marysią na trójstyk Polski , Słowacji i Ukrainy- Krzemieniec:) Wróciliśmy tą samą drogą by spokojnie udać się do namiotów- oczywiście po posileniu się schroniskowymi pierogami:)
Krzemieniec- Trójstyk

Ostatniego dnia czekał nas marsz czerwonym szlakiem przez góry do Ustrzyk Górnych skąd mieliśmy autokar do Krakowa. Pogoda była piękna więc marsz całkiem przyjemny mimo całego ekwipunku na plecach:)
Prawda, że pięknie?

 Selfie bucików- obowiązkowe:)

 I potem już tylko 6h podróż do dawnej stolicy Polski i moja dalsza do Opola. 

Bieszczady po raz trzeci zaliczone:)



środa, 26 sierpnia 2015

Poznajemy Opolszczyznę (Opole-Nysa-Jarnołtówek-Opole) 14-16.08.2015

       Jestem Raciborzanką i z urodzenia i z przekonania. Okolice mojego miasta znam dość dobrze, był czas by je poobjeżdżać najpierw z rodzicami a później z ekipą przyjaciół gdy chcieliśmy odmienić leniwą niedzielę w aktywne spędzanie wolnego czasu. Przez jakiś czas mieszkałam koło Wrocławia, okolice Wzgórz Trzebnickich były piękne lecz wówczas nie miałam roweru a i inne rzeczy zaprzątały głowę by móc poznać ten teren dogłębnie pod względem rowerowych walorów turystycznych. Nie chciałam by tak samo stało się z okolicami Opola. Już wcześniej, zanim kupiłam nowy rower przemierzałam najbliższe tereny ze wskazaniem na Jeziora Turawskie. Tym razem wykorzystując weekend postanowiliśmy z kolegą zrobić objazdówkę Opole-Nysa-Jarnołtówek-Opole.


     Załadowaliśmy w plecaki śpiwory, namiot ciuchy oraz zapasy wody i jedzenia, ponieważ obawialiśmy się, że świąteczny czas 15 sierpnia uniemożliwi nam zakupy na bieżąco. W piątek ze względów zawodowych wyruszyliśmy po 18 z zamiarem pokonania około 20 km do Szydłowa gdzie zamierzaliśmy rozbić obóz i mieć dobry, pozamiejski start trasy nyskiej. 
Trasa przebiegła dość sprawnie i po ok 1,5 godziny dotarliśmy do miejsca, które wcześniej odwiedziłam z kolegami z mojej grupy treningowej. Mały akwen, punkt czerpania wody. Dla miejscowych "Zwierciadło", dla twórców ścieżki przyrodniczej "Jeżowy Staw"
Zwierciadło- małe ale urocze

Rozbiliśmy namiot, zjedliśmy kolację, wypiliśmy herbatę, do której wodę zagotowaliśmy w ognisku. Nie paliliśmy wielkiego ognia bo w tym roku Polskę nawiedziła ogromna susza i naprawdę niewiele trzeba było by spłonął las. Kiedy zrobiło się dość chłodno, po opłukaniu się w stawie (choć tam jest zakaz kąpieli, ale ciężko mówić o pływaniu gdy wody ledwo za kolana) położyliśmy się w naszych śpiworach. Światło czołówki sprawiło, że nasz namiot zaczęły atakować jakieś bzyczące potwory. Okazało się, że rozbiliśmy obóz pod gniazdem szerszeni, które pobudzone wysoką temperaturą i światłem zaczęły atakować. Moją pierwszą myślą było uciekać ale po krótkiej dyskusji stwierdziliśmy, że rozsądniejszym wyjściem będzie dokładne zabarykadowanie domostwa, zgaszenie światła i próba zaśnięcia niż ryzyko ucieczki z namiotu i dodatkowe rozdrażnienie owadów. Rano wstaliśmy przed 6 . Dokładnie spakowaliśmy wszystko w plecaki , ja zabrałam oba i w try miga opusciłam zagrożony teren a Jacek w tym czasie odpinał śledzie i ewakuował cały namiot. Na szczęście szerszenie jeszcze spały a my mogliśmy obejrzeć ich piękne wielkie gniazdo. Szybkie śniadanie i wyruszyliśmy w drogę w kierunku Nysy.
      Po drodze mijaliśmy wioski, trasa była spokojna i bezpieczna.  W Tułowicach był otwarty sklep, uzupełniliśmy braki w wyżywieniu i dostaliśmy kilka wskazówek od porannych "klientów". Jechaliśmy przez Łambinowice, widzieliśmy ogromny cmentarz jeńców wojennych. Koniecznie trzeba tam wrócić aby zapoznać się z historią tego obozu zagłady. 
Tablica informacyjna dotycząca Obozu Jeńców Wojennych w Łambinowicach

     Do Nysy dojechaliśmy spokojnym tempem. Plan był taki, żeby odpocząć nad Jeziorem Nyskim przed kolejnym etapem czyli wyprawą do Jarnołtówka. Ale jeszcze po drodze ujrzałam znak prowadzący do Altany Eichendorffa i koniecznie musiałam się tam udać bo, jakby nie było Eichendorff  pochodzi spod Raciborza (urodził się w Łubowicach)
Altana Eichendorffa w Nysie
     Ciekawostką, choć przykrą jest to, że w Altaie zmarł długoletnii opiekun pamięci Eichendorffa, działacz lokalny Josef Paul Rock, o czym informuje pamiątkowa tablica:
      Po zwiedzeniu Altany pojechaliśmy nad Jezioro. Było paskudnie bo woda obrzydliwa. Ale wykorzystaliśmy okazję by się trochę przespać i przetrwać upał przed wyruszeniem w dalszą drogę. Około godziny 15 zwinęliśmy dobytek i pojechaliśmy dalej, w trakcie zaczęło padać więc schowaliśmy się pod filarami na jednej z głównych miejskich ulic Nysy. Byliśmy tam ponad godzinę siedząc na karimacie a drugą osłaniając się od rozchlapywanej przez samochody wody. Gdy przestało lać ruszyliśmy w trasę z zamiarem ominięcia drogi wojewódzkiej, niestety zostaliśmy pokierowani właśnie na nią. Jazda po mokrej, dziurawej nawierzchni w dość intensywnym ruchu była okropna. Ale przetrwaliśmy i dotarliśmy w jednym kawałku do Głuchołaz. Szybki rekonesans i dalej do Jarnołtówka. Tu już było przyjemnie choć nasze nogi wyraźnie odczuły zmianę terenu na zdecydowanie bardziej górzysty:) Ale gdy dotarliśmy do Jarnołtówka od razu skierowaliśmy się do świetnej pizzeri i wynagrodziliśmy sobie trudy. Po pysznym i sutym obiedzie ( a raczej obiadokolacji bo to ok 19 było) zaczęliśmy szukać noclegu. Marzyło nam się łóżko i gorący prysznic natomiast w okolicy wszystkie pokoje były pozajmowane więc chcąc nie chcąc wylądowaliśmy w namiocie w ogródku agroturystyki. Wielki plus, że kuchnia i łazienka były do naszej dyspozycji więc chociaż gorąca kąpiel i herbata była nam dane. W namiocie się źle nie spało, powiedziałabym, że bardzo przyjemnie tym bardziej, że w pobliżu nie było żadnych szerszeni :)
A tak wyglądała nasza trasa drugiego dnia

      Trzeciego dnia pozostało nam wrócić do Opola. Wstaliśmy przed 9, do 10 zjedliśmy śniadanie, pożegnaliśmy się z właścicielami agroturystyki i przez Prudnik udaliśmy się w kierunku domu. Postanowiliśmy jak najkrócej jechać krajówką więc nadłożyliśmy nieco drogi jadąc przez Prężynkę, Prężynę, Białą i Łącznik. Póżniej już trasa była zdecydowanie najmniej przyjemna. Ruchliwa, dobrze zrobiona droga pełna samochodów rozwijających wielkie szybkości. Przed Prószkowem odpoczeliśmy nad stawem rybnym w Przysieczu i potem prostą drogą do domu.

     W ciągu tej wyprawy zrobiliśmy ok 170 km. Z plecakami, które następnym razem koniecznie zamienimy na sakwy. Zdecydowanie łatwiej manewrować ciałem bez tego balastu na barkach. Ale oboje wróciliśmy bardzo zadowoleni i mądrzejsi o topografię tego kawałka Opolszczyzny. Gdzie następna wyprawa? Czas pokaże :)

niedziela, 26 lipca 2015

Grecja, Olimp, Mitikas ( sierpień 2014 r.)

     Bloga zaniedbałam, pora nadrobić zaległości. Na szczęście tuż po podróży napisałam tekst, teraz nieco go tylko przeredagowałam. Ale opinie, wrażenia i entuzjazm...z relacji " na goraco" :).

     O zdobyciu Mitikasa myślałam od pierwszej chwili, gdy podnóża pasma Olimpu ujrzałam podczas pierwszej greckiej wycieczki w 2012 roku. Wówczas zabrakło czasu ale od tamtej pory miałam, wraz z Jurkiem,  nadzieję tam wrócić i zaatakować najwyższy szczyt Grecji. Początkowo był plan, że wyprawa będzie dwudniowa- głównie ze względu na problemy komunikacyjne, ponieważ dojazd do Prioni  z Nei Pori nie był prosty i obfitowałby w przesiadki. Jednakże w naszym pensjonacie spotkaliśmy trzyosobową rodzinkę, która podobnie jak my zamierzała się wspiąć na Mitikas. I która, w odróżnieniu od nas, nastawiła się na jednodniowy atak. Krótka rozmowa i zapadła decyzja o wynajmie samochodu, która sprawiła, że plan ten był możliwy do realizacji.
      Wyprawę na Mitikas planowaliśmy na piątek, w środę poszliśmy do biura zapytać o wynajem samochodu jednak okazało się że w najbliższym czasie nic nie mają. Auto dostaliśmy ostatecznie w sobotę o godzinie 22. W niedzielę zatem czekała nas historyczna chwila:)
Żeby nie budzić dziewczyn z pokoju spałam z chłopakami, w sumie ciężko tu mówić o spaniu - najpierw Wiki tak walnął głową w ścianę, że  wystraszona hałasem przebudziłam się o 23 a potem to juz Jurek koncertował chrapaniem do rana więc jak się zdrzemnęłam to najwyżej pół godziny. O 3.50 pobudka, szykowanie kanapek, Jurka pakowanie(ja zrobiłam to wcześniej) i o 4.50 wyruszyliśmy w kierunku Litochoro a potem dalej do Prioni.
     W pobliżu Nei Pori nie było stacji, nie mogliśmy zatankować auta w sobotę wieczorem, myśleliśmy ze zrobimy to po drodze. Dali nam Pandę bo tylko takie auto było na stanie. Wskaźnik paliwa informował również, że będziemy jechać  na rezerwie.
Po drodze mijaliśmy stacje benzynowe ale żadna nie była czynna- tam nie ma stacji całodobowych!!!! Dodatkowo dzieciak z auta dostał mdłości przez co musieliśmy się zatrzymać aby nie zapaskudzić wypożyczonego samochodu. Do Prioni skąd mieliśmy wyjście na szlak było 43km. Paliwa starczyło nam na 41 km...
Auto stanęło, nie pozostało nam nic innego tylko zepchnąć je na pobocze i ruszyć w góry zostawiając kłopot na potem (wzorem Scarlet, która na każdą niedogodność reagowała " pomyślę o tym jutro")
Po 2 km asfaltowej drogi  ukazała się budka sugerująca, że jesteśmy koło miejsca wyjścia na szlak. Była godzina 6.00, czołówki były potrzebne tylko przez chwile a później już mogliśmy je schować. Po 20 minutach marszu kobieta z rodzinki - Ela poprosiła o przerwę. Popatrzyliśmy zdziwieni bo planowaliśmy przystanki najwyżej co godzinę świadomi jak długa trasa przed nami. I wtedy postanowiliśmy ze my pójdziemy swoim tempem i poczekamy na nich w schronisku. Dojście do niego mi i Jurkowi zajęło ok 2,5 godziny. Im 3h10min. Po spotkaniu postanowiliśmy ze my pójdziemy już na Mitikas osobno i spotkamy sie przy samochodzie. I jeżeli nam sie uda wcześniej zejść pomyślimy co zrobimy by zdobyć paliwo.
      Spacer był męczący, słonce zaczęło się przebijać więc zrobiło się gorąco. Małe plecaki nie przeszkadzały w marszu tym bardziej, że przy schronisku Jurek odciążył mnie z jednej butelki. Początkowo było zielono i pięknie, im wyżej w góry tym roślinność stawała się bardziej karłowata aż do praktycznie całego jej zaniku nie licząc kłujących traw.
Okolice 2100m n.p.m czyli schroniska A na trasie E4 Masywu Olimpu

        Mijaliśmy sporo ludzi, kilkoro nas mijało i tak na zmianę. W trasie poznawałam nowych ludzi z różnych krajów, kilka słów skąd i dokąd zmierzamy sprawiało że niektórzy robili wielkie oczy. Na jednym z przystanków po zwyczajowym "hello" z innymi turystami usłyszałam jak nastolatka mówi do mamy po polsku "ooo taki plecak chcę" wskazując na mój z wystającą rurką. A ja na to " nooo tak plecak z Polski, z allegro:)" Zagadaliśmy do nich, oni szykowali się do zejścia bo wyższe partie ich zniechęciły. Zapytawszy najpierw dokąd schodzą(do Prioni) wpadłam na pomysł by zapytać czy jak im dam gotówkę to czy mogliby nam dowieźć paliwo i zostawić przy aucie. Chciałam im dać 20 euro, nie zgodzili się, mówili ze wezmą 5 (benzyna po 1,8euro), że napełnią nam dwie butelki po wodzie mineralnej bo tylko takie zbiorniki mają. W końcu wcisnęliśmy im 7 euro i ruszyliśmy dalej przywdziawszy dodatkowe bluzy bo zrobiło się zimno od wiatru.
      Zamiast wybrać łatwiejszy szlak pod szczytami zaniosło nas na Skalę a stamtąd już roztoczył się widok na mityczny tron Zeusa. Prowadziły do niego skaliste zbocza i zaczęła się pierwsza w moim życiu tak długa wspinaczka. Szlo mi opornie bo pierwszy raz miałam do czynienia z takim wyzwaniem. Kijki przytroczyłam do plecaka i z uwaga śledziłam miejsca gdzie w miarę bezpiecznie mogę położyć nogę. W jednym krytycznym momencie, gdy chciałam ustąpić komuś miejsca wspięłam się w takie miejsce gdzie miałam tylko gołą wyślizganą ścianę i zero pomysłu co dalej. Jakimś cudem utrzymałam się na rękach, uspokoiłam emocje i dość dużym wysiłkiem mocno rozciągnęłam ciało do pierwszej widocznej podpory. Taka wędrówka zajęła nam sporo czasu - jakieś 3h po skałach. Moment zwątpienia? Był gdy para co szła przed nami mając przejść na ostatnią "prostą" pod Mitikasa cofnęła się z drogi mówiąc ze po tej drugiej stronie jest bardzo, bardzo niebezpiecznie. Jurek zapytał jak się czuję a jak dałam znak, że OK, ruszyliśmy dalej. Faktycznie wspinaczka była nieco cięższa a eksponowania większe niż dotychczas choć w sumie co za różnica czy spadnę na kamienie z 10 czy 15 metrów i tak się zabiję:) Było też miejsce gdzie była jakąś taka 60cm szpara pod która była wielka przepaść- tam musiałam skorzystać z pomocnej dłoni współtowarzysza. Na skałach zauważyliśmy tez ze komuś spadł prowiant- wisiał smętnie na półce skalnej, Jurek trochę ryzykując poszedł po niego a były w nim trzy nieco strzaskane pomidory. Zimne, soczyste- przepyszne:):):) A później to już szczyt, wielka radość i odpoczynek:) 


Trudy trekkingu z elementami wspinaczki wysokogórskiej wynagrodzone przez niesamowity widok. Zeus łaskawie odsłonił chmury zasnuwające niebo ukazując zarówno połacie lądu jak również Morza Egejskiego:) Cudnie:)
Grecki szczyt szczytów- Mitikas (2917m n.p.m)

      20 min oddechu i droga powrotna tym samym szlakiem choć wspinaczka z powrotem łącznie z zejściem ze Skali zajęła mi już tylko 1,5h - chyba oswoiłam się z przestrzenią i skałkami. Owszem bolały nieco nadgarstki ale poza tym całkiem w porządku. Trasa do schroniska minęła błyskawicznie- wyprzedziliśmy wszystkich. W schronisku szybka zimna cola i marsz do samochodu. Oj tu już się dłużyło a Jurek wrednie śpiewał "ta droga jest bez końca, zupełnie bez znaczenia..." "ta droga długa jest...nie wiadomo czy ma kres..." :) Jak zeszliśmy na asfalt i po kolejnym zakręcie nie widziałam samochodu to zaczęłam pod nosem warczeć ze złości. Oj jak się te 2km dłużyły:) ale jak ujrzeliśmy auto i rodzinkę ulżyło- oni zadowoleni, że nas widza a nam w głowie kołatało się tylko jedno pytanie "jest paliwo????" jak potwierdzili , że zastali dwie napełnione butelki tuż przy kołach samochodu, byliśmy w 7 niebie;) Na 3 l paliwa spokojnie dojechaliśmy do Litochoro i tam dotankowaliśmy a potem ruszyliśmy w trasę powrotną. Na szlaku byliśmy 14h. Nasza współtowarzysząca rodzinka pół godziny krócej ale oni doszli tylko do podnoży Skali. Przecenili swoje możliwości mimo, iż myśleli że po wejściu na Rysy sa zaprawieni w boju.

      Podsumowując: dotychczas była to najcięższa moja wyprawa, najtrudniejszy szlak no i te skałki... Tempo mieliśmy bardzo dobre i co najważniejsze najbardziej zaskoczyło mnie to, że następnego dnia obyło sie bez zakwasów:):);) Wróciliśmy do domku, dziewczyny dały nam obiadokolację przy której zasypiałam. Łyk wina dopełnił wszystkiego. O 23 byłam już w łóżku, zmęczona ale szczęśliwa:)
     Najwyższy szczyt Polski za mną, najwyższy szczyt Grecji również... Pora chyba przejść Orlą Perć. A Mitikas był próbą generalną :D


Ps. Zdjęcia dodam jak je odnajdę



sobota, 24 maja 2014

Bieszczady vol 2 ( 30 kwiecień-3 maj 2014r.)

    Kiedy rok temu wybrałam się w Bieszczady nie sądziłam, że tak szybko tam wrócę. Odległość z Opola do Ustrzyk Górnych mała nie jest, a i dojazd sprawia sporo problemów. Zatem jak to się stało, że mimo niedogodności zaniosło mnie znów na Połoniny ??? Dagmara i jej zachęta dotycząca koncertu  fantastycznej ekipy z Domu o Zielonych Progach :) 
   Przed wyjazdem milion spraw, wszystko na wariackich papierach ale szczęśliwie najważniejsze udało się załatwić: ubezpieczenie przed podróżą do Hiszpanii, wypełnienie papierów do pracy, które decydowały o przyznaniu środków na badania, zlożenie zeznań dotyczących pożaru, który kilka dni wcześniej ugasiłam (dwoma miskami wody:)). Tradycyjnie zatem nie obyło się bez stresu przedwyjazdowego na szczęście w Opolu mam na podorędziu Leszka najlepszego miejskiego  kierowcę rajdowego, dzięki któremu zdążyłam na Polskiego Busa. I tym sposobem za całe 21 zł ok. godziny 21 byłam w Krakowie.
Zanim zrobiłyśmy zakupy i dowlokłyśmy się do mieszkania Dagi była 23. A autobus na Sanok był o 1.30 zatem czekało nas szybkie spakowanie plecaka Dagmary, jej błyskawiczna kąpiel i powrót na krakowski PKS. Podróż do Sanoka długa i męczaca, potem szybka przesiadka na busa i ok 8.40 byłyśmy w końcu w Ustrzykach Górnych skąd zaplanowałyśmy naszą wędrówkę.
   Po szybkim ogarnięciu (zaliczyłam nawet umycie głowy wodą mineralną zakupioną w pobliskim sklepiku) i przebraniu ruszyłyśmy z Dagmarą na szlak ku  Połoninie Caryńskiej. Dlaczego akurat tam? Bo rok temu pogoda i brak czau nie pozwoliły Jurkowi i mi na kontynuowanie naszej wędrówki w tamte rejony:)
   Kupno biletu wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego( 6 zł) i w drogę! Podejście pierwsze i pierwsze mordercze myśli- prawie zawsze tak mam, że gdy pojawia się pierwsza góra , którą zdobywam na danej wycieczce, zastanawiam się co do diabła podkusiło mnie by z niemałym plecakiem "zwiedzać" górzyste tereny :) Gdy włazlyśmy na wzniesienie zrobiłyśmy przerwę aby zjeść śniadanie i z daleka popatrzeć na Połoninę- widok imponujący. Jednakże nisko wiszące chmury zdyscyplinowały nas do pozbierania ekwipunku i ruszenia w dalszą drogę. Połoninę praktycznie przebiegłyśmy nie zatrzymując się na niej bo obfite krople deszczu skutecznie nas od tego odwiodły. Zdjęć brak :) 
Postój zrobiłyśmy w deszczochronie gdzie spotkałyśmy już niezłą garstkę przemokniętych Bieszczadników. Napiłyśmy się gorącej herbaty, posiedziałyśmy chwilę i ku zdziwieniu współtowarzyszy postanowiłyśmy iść dalej póki teren całkowicie nie zamoknie potęgując mozliwość kontuzji, o które przy schodzeniu po śliskich kamieniach nietrudno. 
Patrząc uważnie pod nogi udało nam się "spotkać" dwie salamandry plamiste, zatem i deszczowa pogoda ma w górach swoje dobre strony :)
   
Gatunek chroniony w Polsce w obiektywie Dagi  (fot D.P)

   Gdy zeszłyśmy z Połoniny Caryńskiej w Brzegach po ulewie nie było śladu. Uzupełyśmy snickersowe zapasy, pogawędziłyśmy z panią ze sklepiku i ruszyłyśmy ku Chatce Puchatka, w której planowałyśmy nocleg i spotkanie z kolejną częścią naszej wyprawowej ekipy, która wyruszyła z Wetliny. Podejście ostre i męczące ze względu na skalne schody, które utrudniają podejście we własnym rytmie. Plecak nieco ciążył,a słońce dodatkowo ogrzewało nasze przegrzane wysiłkiem ciała. Ale spokojnym tempem z jedną przerwą na uzupełnienie kalorycznych ubytków połówką snickersa (ech te połówki to mi Dagi do samego końca wypominała :P) dotarłyśmy końcu na miejsce przed godziną 15-stą nie przekraczając tym samym sugerowanej przez mapę czasówki. Tym milsze wejście, że przed Chatą spotkaliśmy komitet powitalny w postaci Ewy i Wojtka :)
   Zaklepaliśmy miejsca w pokoju (25zł za pryczę), skorzystaliśmy ze specyficznej ochładzającej kąpieli (dla niezorientowanych w Chatce nie ma bieżącej wody, do łaźni idzie się 500m a całe "kąpielisko" stanowi stalowa nieco pordzewiała rura z której sączy się woda o niezwykle orzeźwiającej temperaturze), zjedliśmy i wylegiwaliśmy się do wieczora na połonińskiej trawce podziwiając przy okazji niezwykłą ferię barw zachodzącego za górami słońca.
                                                       Prawie jak wulkan... (fot. D.P)

   A gdy chłód wiatru skutecznie wygonił nas do bacówki umilaliśmy sobie czas wiśniówką, planszówkami i gitarową muzyką poznanego w schronisku przewodnika bieszczadzkiego do czasu gdy jeden ze współspaczy trochę niegrzecznie acz stanowczo poprosił nas o ciszę.
      Kolejny dzień i kolejna wędrówka - tym razem już w czwórkę ruszyliśmy na Połoninę Wetlińską
                                         Najdzielniejsza ekipa na bieszczadzkich szlakach

   Tu już było dość wyraźnie widać, że zaczęła się majówka bo i ludzi było o wiele więcej niż dnia poprzedniego. Nic dziwnego bo malownicze krajobrazy i stosunkowo łatwe podejścia sprawiają, że całe rodziny spieszą tu odpocząć od zgiełku miast.
                                         Taki widok i gorąca herbata i niczego więcej nie trzeba...

   Na przełęczy Orłowicza zjedliśmy drugie śniadanie, potem "zdobyliśmy" Smerek i unikając tabunu turystów ruszyliśmy w stronę Jaworzca. Wędrówka przyjemna bo słońce nam sprzyjało, jedynie co wybiło nas z rytmu to kiepsko oznaczony szlak w lesie, gdzie w jednym momencie zgubiliśmy drogowskazy. Czyli powtórzyła się sytuacja z zeszłego roku. Plus zagubienia? Możliwość zobaczenia świeżego tropu najprawdziwszego niedźwiadka jednak nie zaryzykowaliśmy go śledzić :) Po 10 minutach kluczenia udało nam się znaleźć brakującą cząstkę szlaku i już bez większych przeszkód dotarliśmy do Jaworzca gdzie zjedliśmy zasłużony posiłek :) (zupy: żurek, kwaśnica i pomidorowa: każda po 12 zł).
Mniejsza chatka schroniska Jaworzec (to tu spałam w zeszłym roku)

   Po obiedzie ruszyliśmy dalej, asfaltową drogą, na której po krótkim czasie postanowiliśmy się rozdzielić w celu złapania stopa. Dwoma różnymi samochodami, w niewielkim odstępie czasu z Kalnicy dostaliśmy się do Cisnej gdzie zaplanowaliśmy dwa noclegi ze względu na wspomniany koncert Domu o Zielonych Progach. Tam też czekała ostatnia "rata" naszej wyprawowej ekipy w postaci Kasi i Tomka:)
   Dzień drugi najlepiej przedstawia mapa, którą wygenerował (już po powrocie do domu) nasz dyżurny informatyk Wojtek (dla którego brak GPS-a w wyposażeniu wyprawowym to poważne niedociągnięcie nawet gdy są to tylko Bieszczady :D )
   Wojtkowa analiza wędrówki...

   Bacówka pod Honem nic a nic nie zmieniła się w stosunku do zeszłego roku, nie zmieniła się też  drastycznie majówkowa cena noclegu ( 37zł ). Ci sami mili gospodarze, to samo pyszne jedzenie (polecam pierogi Włóczykija: nadzienie jak z ruskich a dodatkowo czosnek niedźwiedzi za całe 12 zł oraz placek po węgiersku z prawdziwym pysznym gulaszem w ilości jak dla porządnie głodnego mężczyzny za 20zł ). Atrakcją w przeddzień występu głównej gwiazdy majówki okazał się "koncert, którego nie było" fantastycznej grupy Caryna zakończony wspólnym muzykowaniem do późnej nocy. 
    Muzykowanie okraszone soplicowymi nalewkami nie dla wszystkich okazało się relaksujące, ponieważ w ostatni wędrowny dzień na szlak ruszyliśmy tylko w czwórkę: Kasia, Tomek, Daga i ja.
Uznaliśmy, że robimy spacerowy szlak z Dołżycy na Łopiennik. Trasa lekka, łatwa i przyjemna choć widoków znacznie mniej niż na Połoninach. Ale jednocześnie znacznie mniej ludzi. 
Schodząc z Łopiennika zahaczyliśmy o bazę namiotową. Bardzo fajne, klimatyczne miejsce :)
Umywalnia przy bazie

   Mieliśmy także dość czasu by w Łopience obejrzeć cerkiew greckokatolicką wysłuchać zadedykowanej specjalnie dla Dagi i Kasi piosenki, którą wykonał łopienkowy Artysta.
Cerkiew i turyści

   A potem to już marsz asfltówką, aż do głównej drogi gdzie już bez problemu ( przy zachowaniu zasady podzielenia się na grupy) złapaliśmy stopa, który zawiózł nas do Cisnej. 
Szybko się ogarnęliśmy, zjedliśmy obiad, skorzystaliśmy z rozkoszy przebywania na świeżym powietrzu i przygotowywaliśmy się do występu Domu o Zielonych Progach. Zapowiadało się miło, jednak deszcz rozgonił nas spod sceny pod gołym niebem. Muzycy przenieśli się do schroniska gdzie koncert był kontynuowany jednak w znacznie okrojonym składzie i w niezbyt dogodnym miejscu ( w przedsionku schroniska). Dagi to nie zraziło więc bez przeszkód doczekała do końca gdy grali jej ulubieńcy a potem wróciła do ekipy by pograć w 6 bierze :)
   Czas szybko minął i nazajutrz trzeba było się zbierać. Wraz z Wojtkiem i Ewą  autobusem wyruszyłam do Sanoka skąd oni mieli połączenie na Rzeszów a ja miałam miec busa do Krakowa... No właśnie...miałam mieć. Bus nie przyjechał. Dlaczego?? Bo była sobota i bus kursował jak w sobotę, nie zważając na to, że na rozkładzie były inne godziny odjazdu podane specjalne na niedziele i święta, a to przecież był 3 maja. Gdybym jechała kolejnym busem, to nawet licząc, że on przyjedzie i że znajdzie się w nim dla mnie miejsce szanse na złapanie rozsądnego połaczenia z Opolem graniczyłyby z cudem. Nie zważając zatem na innych towarzyszy niedoli złapałam na stopa turystyczny autobus do Rzeszowa i stamtąd już z pomocą PKP (interRegio bus i z Katowic interRegio) po 13h(!) podróży dotarłam do mieszkanka na opolskim ZWM-ie :)

A dwa dni po powrocie z Bieszczad byłam już w Hiszpanii...ale to zupełnie inna historia :)


niedziela, 6 kwietnia 2014

Racibórz i okolice poznaję na nowo :)

   Wiosna dala o sobie znać juz wyraźnie. Promienie słońca i coraz bardziej soczysta zieleń nastrajają optymistycznie i sprawiają, że z wielką przyjemnością wyruszamy w teren.
Nie inaczej było dziś choć zachmurzone niebo i dość porywisty wiatr próbował nas odwieść od tego pomysłu. Jako że praktycznie ostatnie moje 10 lat skupiało się głównie poza Raciborzem weekendowe podboje rowerowe pozwalają mi na nowo odkrywać jak urocza jest ta okolica. 
Dziś dość sporą ekipą pod wodzą nieustraszonego gawędziarza i znakomitego przewodnika mieliśmy okazję poszusować po okołoraciborskich polach. Goniliśmy sarny w okolicach Wojnowic, nad Psiną zrobiliśmy małe ognisko by upiec kiełbaski a następnie je spalić na kilku podjazdach w okolicach Samborowic, Piotrowic Wielkich i Lekartowa. Czas minął jak z bicza strzelił a ja mogłam zapomnieć o strachu i bezsilności. Czerpię energię z natury i z przyjaciół. Wielkim źródłem jest połączenie tych dwóch energetycznych żywiołów...Oby jak najwięcej takich dni

niedziela, 29 grudnia 2013

Beskidy spontanicznie

   Tegoroczne plany sylwestrowenie nie były sprecyzowane co jest do nas niepodobne. Jakiś luźny pomysł na górską wędrówkę gdzieś się tam tlił zatem opuszczając Opole zabrałam niezbędny ekwipunek po cichu ciesząc się na pożegnanie starego roku wśród beskidzkich lasów. Plany się jednak wyklarowały gdy okazało się, że ryzykownie wybierać się na dłuższą wędrówkę schroniskowym szlakiem bo bacówki organizują zamknięte imprezy i okazałoby się, że nie mamy gdzie nocować. Stanęło na tym, że Sylwester spędzimy na potańcówce w znanym i bardzo miłym gronie, a ja musiałam do Opola wrócić po sukienkę i szpilki bo mając do dyspozycji ograniczone miejsce w plecaku upchnęłam łyżwy, górskie obuwie, zapas bielizny termo i zimowe softshellowe spodnie a na resztę zabrakło przestrzeni:)
  Jednakże okazało się, że nie tylko ja mam ochotę na herbatę w Beskidach zatem gdy Jurek dał mi pół godziny na przyszykowanie się do wyjazdu po 15 minutach byłam gotowa. Wyruszyliśmy jednak dość późno i w Wiśle byliśmy nieco przed 14. Rodzice Jurka zabrali samochód i pojechali do centrum a my obraliśmy cel - Barania Góra.
Spod Osiedla Borowiny nie prowadził żaden szlak na Baranią jednak po krótkiej naradzie postanowiliśmy, że nie opłaca się wyruszać do poczatku oznaczeń tylko kierując się mapą i jurkową intuicją podążyć przed siebie. 
Pierwszy dzień zimy dawno za nami a tu marcowa aura(gdzieś w okolicach Osiedla Bobrów)

   Początkowo Beskidy zaskoczyły nas brakiem śniegu jednakże okazało się to złudne bowiem w wyższych partiach było go aż nadto, a plusowe temperatury i intensywne słońce sprawiały, że zapadaliśmy się po kolana. Było ciepło - na tyle, że zupełnie wystarczająca była tylko koszulka termo (pomijając oczywiście nieodłączny element kobiecego stroju wyprawowego jakim jest sportowy stanik ;)
A ciut wyżej troszkę bardziej zimowo...

Beskidzkie bezdroża, na których, według Jurka, jak w raciborskiej Oborze, nie da się zgubić.

Po niecałych 2h marszu wyszliśmy na oznaczony szlak i magiczną tabliczkę: Barania Góra 10'
Zatem męska intuicja i górskie doświadczenie nie zawiodły :) Na szczycie wiało porządnie więc przed wejściem na "cudowną" metalową konstrukcję wypadało już założyć kurtkę. Szybkie spojrzenie "w świata cztery strony" ( i znów zanuciłam SDM, które z górami mi się nieodłącznie kojarzy) , błyskawiczne fotki, na których  niewiele już widać. Ale i tak urok fioletowego nieba i obraz słońca zachodzącego za horyzont zrobił na nas wrażenie. 

          Zachód słońca na Baraniej Górze

   Zadowoleni ruszyliśmy w drogę powrotną- tym razem, jak Pan Bóg przykazał, oznaczonym szlakiem przez Przysłop. Po jakiś 20 minutach marszu wyciągnięcie czołówek okazało się nieodzowne, wykorzystując przymusowy postój zjedliśmy po kawałku sernika popijając najpyszniejszą herbatą z termosu  ( jak to się dzieje, że w górach smaki i zapachy są o wiele intensywniejsze???). Część szlaku przebiegała strumykiem, którego chłód niebawem poczuliśmy w swoich butach. No cóż, obuwie nie jest odporne na przemakanie kiedy woda wlewa się od góry :) Zatem w blasku reflektorów i gwiazd doszliśmy do głównej drogi i przystanku Wisła Czarne "I" skąd odebrali nas Jurkowi rodzice.
   Było pięknie:) 4h marszu, zdobyty cel, dodatkowe atrakcje w postaci przemoczonych nóg i kilku poślizgów, gdzie nawzajem ratowaliśmy się z opresji ( i na szczęście nikt nie ucierpiał). I tak lekko się szło nie czując ciężaru wielkiego plecaka. Oj trzeba to koniecznie powtórzyć :)